W sobotę 27 września 2008 roku odszedł do Pana Władysław Oko. Niech zazna radości Królestwa Niebieskiego, gdzie wraz ze świętymi niech chwali Pana.
Władysław Oko
Urodził się 22 maja 1920 roku w Przystani jako pierwszy syn Jana i Julii zd. Podhajny. Niedługo po jego narodzeniu rodzice przeprowadzili się z miejscowości pochodzenia Jana w rodzinne strony matki Władysława. Zamieszkali w osadzie Wihły leżącej między Łopatynem a Chmielnem. Wihły skłądały się z pięciu gospodarstw powstałych z podziału ziemi jednago z krewnych Julii. Władysław miał jeszcze trzech braci: Tadeusza, Piotra i Michała.
Władysław dużo się uczył, także pomagał innym uczniom. Miał kiedyś interesować się przeszłością rodziny, co było jednak utrudnione przez dużą odległość od rodzinnych stron ojca. Jakieś informacje, materiały miał zakopać na początku wojny gdzieś na swoim gospodarstwie. Te materiały bezpowrotnie zaginęły. Tam gdzie kiedyś stały rodzinne zabudowania powstał kołchoz, ziemię zaorano. Dopiero wyrokiem III RP stwierdzono zagrabienie tego niewielekiego majątku na Wschodzie. Był to czas, gdy Polacy i Ukraińcy żyli jeszcze w miarę zgodnie, choć nie brakowało wśród Ukraińców tendencji nacjonalistycznych. Takie poglądy były bliskie bratu Julii, sąsiadowi Władysława w Wihłach, Tadeuszowi Podhajnemu.
Z czasów wojny (a może jeszcze przed nią) wspominał obrazek, jaki zachował mu się w pamięci, gdy polska kawaleria przyjeżdżała poić u nich konie. Przeszedł przez Sybir, gdzie zginęli jego ojciec i brat Piotr. Po wojnie mieszkał przez jakiś czas pod Poznaniem i studiował w Poznaniu. Opisywał kiedyś warunki studiów, jak siedzieli w zimnej sali, gdzie nie było nic. Po całym dniu studiów (a studiował, z tego co pamięta, dwa kierunki) jechał pociągiem do domu i jeszcze przy świetle księżyca pracował na polu.

Niestety nie wiem kiedy przeprowadził się do Gliwic. W każdym bądź razie ślub z Wandą Papiewską zawarł już w Gliwicach 6 stycznia 1952 roku. Mieli dwóch synów: starszego Tadeusza i młodszego Mieczysława.
W Gliwicach Władysław pracował w Biprokwasie na kierowniczym stanowisku (niestety nie pamiętam dokładnie jakie). Wykonywał wiele ważnych projektów, o których na razie nie będę pisał.
25 maja 1997 roku zmarła jego żona Wanda, chora na żółtaczkę. Władysław opiekował się nią do ostatnich dni, towarzyszył w cierpieniach. Po śmierci żony całkowicie samodzielnie prowadził mieszkanie, od nikogo nie chciał żadnej pomocy, aby "ćwiczyć siebie" jak mówił. Zawsze chętnie przyjmował gości, spotykał się z rodziną. Jego ulubione tematy rozmów to filozofia ks. Tischnera, przy polityce zawsze dochodziło do podgrzania atmosfery, ale tak jest chyba zawsze i wszędzie. Na pewno był wspaniałą osobą, pełną dobra dla każdego, nawet wtedy kiedy atmosfera rozmów była gorąca.
Codziennie chodził do kościoła. Opowiadał o tym, jak księża nieraz pomagali mu wejść albo zejść po schodach. Przy okazji zawsze zagadywał ich o różne sprawy związane z teologią czy filozofią.
W roku 2008, w Poniedziałek Wielkanocny przewrócił się w drodze do kościoła (albo z kościoła). Stracił wtedy orientację. Od tego czasu potrzebował ciągłej opieki. Tak jak ponad dziesięć lat wcześniej opiekował się swoją żoną, tak teraz z wielką troską opiekowano sie nim. Najwięcej czasu i trudu poświęcił jego najstarszy syn Tadeusz. Pomogali mu bardzo ciotka Stefcia i Mieczysław, jego młodszy syn. W tym czasie wiele osób przewinęło się przez jego mieszkanie, odwiedzając go, okazując mu życzliwość. 25 września 2008 roku miał wylew, a dwa dni później, w wieku 88 lat zmarł.
Odeszła od nas osoba nieprzeciętna, wyjątkowa. Niech pamięć o nim trwa w nas, a nasze życie będzie godną kontynuacją tego, co on pokazał nam swoim życiem.






Na stronie został umieszczony 

